twoja stara śpiewa w Call of Cthulhu

Zanim przejdę do meritum i dotknę jądra, niechaj mi Szanowni Państwo pozwolą odnieść się do poprzedniej notki popełnionej przez tego pyszałka Il Duce. A więc, po pierwsze primo – nie pisz no tu, że Pani Elżbieta męczy konia, tylko szanuj Czytelnika oraz wiernego fana. Gdyby nie ta pani, to by tu nawet pies z kulawą nogą nie zajrzał. A tak to zajrzał.

Po drugie primo – nie jestem nerdem i wyobraź sobie, że mam życie poza Cavaleiros. Bardzo bogate życie. Tylko mi tu nie mów, że jest to życie rapera, które polega tylko na jaraniu gibonów i odbieraniu telefonów.

Po trzecie primo – owszem, zauważalne są rażące dysproporcje w ilości naszych płodów literackich, ale wynika to z faktu, że ja jestem pracowity, obowiązkowy, solidny, niezawodny, odpowiedzialny, wytrwały, twórczy, oddany sprawie oraz skromny. Ty zaś tylko twórczy.

Po czwarte primo – już tak nieco poważniej – fajnieś napisał o tych Sodomitach. Podoba mnie się. Zarówno zespół, jak i Twoje ujęcie tematu. Prawdą jest, że się chłopacy jakoś tak pozytywnie wyróżniają pośród innych giermańców. I nie rażą jak wspomniany przez Ciebie Rammstein. Nawet w Ausgebombt zaśpiewanym po niemiecku nie rażą. Podczas gdy Rammstein mnie również kojarzy się z jakiś wiecem NSDAP. Ale mniejsza o to.

To teraz do rzeczy. Otóż od jakiegoś już czasu organicznie nie trawię Metalliki. Jak kiedyś się tarzałem nieprzytomnie. Ale to już sami sobie są winni, bo taką kaszanę odpierdzielają, że mózg staje. O wczesnych czasach nie gadamy, bo wiadomo – masakra i muzyczna rewolucja. Troszkę mi przy Master of Puppets łuska zaczęła z oczu i uszu spadać, ale jeszcze było spoko. Potem takie z lekka freejazzowe And Justice For All, ale nadal do przyjęcia. A potem to już sru, z górki do żwirowni.

Przecież te wszystkie czarne albumy, loady i reloady, czy inne saint angery to sraka maksymalna. Owszem, bardzo mile mnie zaskoczyli Death Magnetikiem, bo to jedna z ich najlepszych płyt. Natomiast generalnie, to już raczej jest po ptokach. I się jeszcze można trochę powozić jako jedni z Wielkiej Czwórki, ale umówmy się, że to nie potrwa wiecznie…

Absolutnym szczytem szczytów oraz amokiem była dla mnie natomiast płyta Ride the Lightning, a szczególnie jej zwieńczenie w postaci The Call of Cthulhu. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek jeszcze w moim długim życiu muzyka aż tak się odrealniła i poszła w stronę magii, metafizyki, światów równoległych etc.

Nie musieli mnie już rodzice zmuszać do wieczornego wychodzenia z Dianką, czyli naszym trochę niespełna rozumu psem rasy szpic terier. O stosownej porze sam czekałem przy drzwiach w pełnym rynsztunku, czyli z walkmanem, dwoma cigaretami oraz kasetą firmy takt ustawioną na początek Cthulhu. Potem jeszcze tylko odchodziłem kawałek od domu, podbijałem troszkę bliżej ulicy Cichej, spuszczałem Diankę ze smyczy i… żegnam Państwa.

Każdorazowo waliło w dekiel z identyczną siłą, każdorazowo zabierało na takiego tripa, że niech się wszystkie substancje psychoaktywne schowają. Aż do ostatnich dźwięków nie wiedziałem, gdzie jestem ani jak się nazywam. Nie miałem mglistego pojęcia, co się ze mną dzieje, dokąd idę i w ogóle odkorowywałem się do ustawień fabrycznych.

A ile mi razy podczas tych mszy przenajświętszych pies spierdolił aż na Łukasiewicza, to już przemilczę.

Nie ma wideła, co by oddało ten amok. To może tylko taki vintage.

Dla każdego coś dobrego. Il Duce

Jak już Elka męczy konia, to trza pisać – nie ma żartów. Mają te nasze notki zastraszające proporcje, jednak według mnie powód jest jeden. Honky jest zwyczajnym nerdem siedzącym cały dzień przed kompem, toteż chcąc nie chcąc skrobie, ja natomiast niestety lub stety mam życie poza Cavaleiros. No ale cóż, tak już chyba musi być.
Do meritum. Nasi zachodni sąsiedzi moga się pochwalić paroma utalentowanymi muzykami takimi jak Rammstein (ponoć dobre – dla mnie brzmi jak przemówienie Goebbelsa), Scorpions, Kreator, Destruction czy Sodom. I o tym ostatnim dziś mowa. Chłopcy nagrali niegdyś piękny krążek nazwany Agent Orange. Jest to wyjątkowy album, gdyż Sodomowi udało się tu upchać thrash, heavy, punk, a nawet zgrabne partie akustyczne. I nie macie racji sądząc, że to jakiś burdel. Sodomici zrobili to z gracją godną mistrzów. Mamy tu takie kawałki jak Ausgebombt – Motorhead i Dezerter w jednym, slayerowski Agent Orange, trącący heavy Remember the Fallen i nakurwiający – lecz z pięknie wkomponowaną  partią akustyczną Tired and Red.
Świetna płyta. Wybaczamy pochodzenie.

http://www.youtube.com/watch?v=Ak3EBSW9ZJw

top yourself, czyli… odszczekuję

Odszczekuję pod stołem. Blunderbuss, czyli solówka Dżeka to jego najlepsza płyta ever. Nie sposób tego zresztą oddzielić od wychwalanych przez mnie pod niebiosa koncertów z towarzyszeniem The Peacocks. Dziewczyny grały już na płycie, a na scenie po prostu dopieszczają wspólną robotę… A że się skrycie kocham w ich perkusistce, czyli Carli Azar, to już zupełnie inna sprawa. Ale do rzeczy.

Chociaż minimalowy twórca – Christian Vogel stwierdził swego czasu, że all music has come to an end, Dżek udowadnia, że oczywiście, ale koniecznie. I taka jest prawda. Podobnego dżezu, swinga i pierdolnięcia nie było dotąd w historii ludzkości.

Kompletny projekt audiowizualny nazywa się Live Amex Unstaged, a wyreżyserował go nie kto inny, a Gary Oldman. Polecam całość. Audio (bez obrazu traci to siedemdziesiąt pięć procent czadu) jest na chomiku, natomiast wideło w bardzo dobrej rozdzielczości można sobie zagrać na YT. Póki co – zwiastun.

Letko podkoloryzowany dramaturgicznie. A mianowicie, w pierwszej odsłonie Gary czeka w studio na Dżeka, który nie wiedzieć, po kiego grzyba, na dzień dobry rzuca się na niego i zabiera w jakiś chuligański kocioł. Garemu w rezultacie rozbija się buzia do krwi (czego nie może on przeżyć aż do końca trwania materiału), ale zaraz potem chłopacy ustalają sobie wszelkie szczegóły współpracy. Obaj dżentelmeni nie chowają zresztą cienia urazy. Za to, przez cały czas uśmiechają się bałamutnie i robią swoje. A prócz tego fanzolenia mamy tu dwie piękne piosenki – I Guess I Should Go to Sleep oraz Blunderbuss – w świetnych, kameralnych wersjach.

Moja Narzeczona, w pełnej krasie występuje tu przez oka mgnienie.

Od 2:30 do mniej więcej 2:40.

mørke skygger helvete

Prawda jest taka, że Tsjudera, w mrocznych czeluściach piekieł wyczaił Il Duce. I się – z taką trochę nieśmiałością – podzielił ze mną swoim odkryciem. Sam bym chyba nie sięgnął. Przy całej mojej muzycznej otwartości. Ale kiedyś, podczas jakiejś wspólnej melomańskiej uczty, zagraliśmy sobie Desert Northern Hell. Tak dla hecy. I oszalałem. Słodka muzyka. Chociaż black metal.

Zaraz potem chłopacy wydali Legion Helvete i zwariowałem jeszcze bardziej. Z tejże płyty chciałbym Szanownym Czytelnikom zaprezentować piękną piosenkę zatytułowaną Black Shadows of Hell.  Numer o silnie pankowym podłożu oraz rytmie, co w nim chyba kocham najbardziej. Tę dziarskość i tego kopa na ryj.

Klipy ruchome Tsjuderka jak najbardziej funkcjonują w sieci internetowej. Ale wydaje mi się, że Artyści – poniekąd za sprawą swojego frapującego imidżu – zbytnio odciągają uwagę słuchaczy od geniuszu tworzonej przez siebie muzyki. Pozostańmy zatem – wyjątkowo tym razem – przy wersji jednoobrazkowej.

Helvete!

http://www.youtube.com/watch?v=hTKjgoxGUnU

kamieniołomy

Sorry, że znowu ta sama kapela, ale mi strasznie brakuje Peppera. Bo jakoś tak zawsze korespondowała ta jego twórczość i estetyka z moją robaczywą duszą…:) Mniejsza o to. No więc, niniejszym, zawieszamy taką aprioryczną zasadę blogaska, że póki nie omówimy wszystkich kapel świata, to nie ma powtórek, dobra? To super.

A więc Corrosion of Conformity. Jedno z ostatnich wideł z udziałem Keenana. Lekka psychodela, ale po pierwsze – z Mordziatym na wokalu, a po drugie – bardzo lubię taką kolorystykę obrazu. To mię stroi, czyli konweniuje…

Pyszne, isn’t it?

open up your primitive

Strasznie dawno już mi nic nie wyrwało flaków. Tak w dosłownym znaczeniu. Aż tu wtem nagle… Nigdy wcześniej nie przepadałem za Davem Matthewsem. Uważałem, że jest snobistyczny, wydumany i przegadany. Ale to jednak siekiera. Muzyka nieopowiadalna słowami.

Film w potężnym HD. Najbardziej wskazane są jakieś słuchawy, volume na słusznym poziomie i full screen…

I pozdro.

w niewoli akka dakka

Troszkę mnie Il Duce zaskoczył tym swoim ostatnim wpisem. Ja myślałem, że my tu będziemy o niszowej i alternatywnej muzie pisać. A ten tu jakieś Hej, sokoły zapodaje. Jakbym chciał być złośliwy, to bym tu teraz zasunął recenzję Baker Street, Smoke On The Water, albo innych Schodów do Nieba. Chociaż z drugiej strony… Baker Street w wersji Foo Fighters to killer straszny.

A tak poważnie, to cieszę się i przyjemnie jestem zaskoczony wyborem Il Duce. Trochę ograny ten Hotel California i poniekąd zamordowany przez rozliczne stacje radiowe, ale przyznać trzeba, że druga, solówkowa część utworu wciąż masakruje. Odświeżyłem sobie prezentowanego przez Il Duce klipa i przypomniało mi się, że gdy to kiedyś oglądałem u Manna w Non Stop Kolor, to myślałem, że ten koleś w chustce jest na coś chory. Że takie jakieś dziwne szneki strzela. I strasznie mi go było żal. Potem dopiero zrozumiałem, że się gościu po prostu wczuwa w swoją partię. Ale nie o tym.

Ja tu dzisiaj też specjalną alternatywą nie polecę, bo od kilku dni już tak mam pomyślane, żeby napisać o moim maniakalnym nawrocie dzikiej pasji do AC/DC. Strasznie ich kiedyś w dziecięctwie nie cierpiałem, no strasznie. Ale jak już mnie pierdyknęło, to się nakryłem nogami. Lata mijają i dekady. A jest coraz gorzej. Czyli lepiej.

Dobra, żeby nie zagadywać tematu. To wideo mną wstrząsnęło. A było to tak, że zapragnąłem sobie wyjutubować klipa do Rising Power. Albo jakąś inną wizualizację. A tu nagle, trach i taka perła. Jest też w sieci internetowej dostępna wersja krótsza, lecz ja już sobie bez tego dwuminutowego wstępu życia nie wyobrażam.

Cisza przed burzą.

California, Czech Republik.

Z powodu mojej bytności w jakże gościnnej Czeskiej Republice oraz braku czasu jestem zmuszony skrócić notkę do minimum.
Hotel California to kawałek, który hipnotyzuje zarówno laików jak i znających muzykę od kuchni. Szczególnie solówka zasługuje na uwagę, bowiem pasuje do reszty wręcz idealnie, trudno wyobrazić sobie ją w innej wersji.

http://www.youtube.com/watch?v=LpgqQrrkLmM

Il Duce.

dirty rotten spammers

Przez sentyment dla starych, kowbojskich czasów zalajkowałem na fejzbuku stronkę formacji D.R.I. No i się zaczęło. Ja rozumiem promocję, działalność gospodarczą oraz pozostałe względy ekonomiczne, ale bez przesady. Bo ruszyła na mnie taka lawina śmieci, reklam, konkursów, wspominków i innych gówien, że zaczęło mi brakować powietrza. Przegięli, kiedy po trzykroć w odstępie kilku godzin wystosowali apel o wysłanie im pięciu dolarów, co z kolei miało skutkować otrzymaniem od fan klubu fajnych naklejek. Odlajkowałem więc chłopaków, żeby sobie nie psuć dawnego, beztroskiego odbioru ich jakże zaangażowanej twórczości.

Za kilka dni Imbecyle grają tuż za miedzą, ale po pierwsze – mam nieważny paszport, a po drugie, to mnie wpienili tymi naklejkami.

A dla Państwa wideo. Może nie najlepsze, za to bardzo dziarskie…

Oczywiście, ale niekoniecznie.

Oczywiście Mc ma sporo racji co do RHCP, jednak rzucanie ogólnikami i jechanie hurtem po wszystkim co ma się w zasięgu wzroku nie jest zbyt profesjonalne. Żeby jednak nie rozpętywać wojny z powodu paru dobrych kawałków w otoczeniu setek gównianych, połączmy się w miłości do niekwestionowanych królów Hadesu. Na widele nieoficjalny, lecz jakże profesjonalny teledysk.