hau hau (spod stołu)

Musiałem ja mieć jakieś zatrucie metylakiem, kiedym recenzował najnowszą płytę Alice in Chains. Albo chandrę studzienną. Ewentualnie innego rodzaju odmienne stany świadomości.  Tak czy inaczej, niniejszym odszczekuję i jeszcze proszę o siedem kul dla zdrajcy.

Przecież to Arcydzieło.

nuda i chała

Nigdy nie przypuszczałem, że dwie TAKIE kapele wrzucę do jednego wora. I do jednej notki. Na dodatek pod tak haniebnym tytułem. Ale nic nie poradzę. Do rzeczy.

Nowe albumy Alice In Chains oraz Queens of the Stone Age były najbardziej oczekiwanymi przez mnie premierami tego roku. A może nawet kilku lat. No i co? No i gówno. Obie płyty są zaskakująco cieniutkie. Będę ich słuchał do skutku, bo nadal nie wierzę własnym uszom. Może się przy dwudziestym przesłuchaniu co dobrego okaże… Na chwilę obecną jestem rozczarowany studziennie.

The Devil Put Dinosaurs Here  to flaczory z olejem, co mnie zdumiewa, bo zawsze uważałem, że Cantrell ma dobrą rękę do choćby fajnych melodii, że nie wspomnę o epickich, pokręconych kompozycjach z czasów Dirt, czy choćby ostatniego Black Gives Way to Blue… Nic z tych rzeczy. Ciągną sierp z dupy przez całą płytę. Zero czaru, finezji, dawnego powiewu geniuszu. Trzy na szynach po starej znajomości.

…Like Clockwork  prezentuje się o niebo lepiej, bo przynajmniej da się tego słuchać. Po tak genialnej ekipie spodziewałem się jednak czegoś duuużo ciekawszego. Jest kilka lepszych momentów i cała kupa zapychaczy. Sorry. Jak coś się zmieni, z chęcią odszczekam pod stołem. Na razie słaba czwóresia. Bo przyznam, że takie I Sat by the Ocean  cieszy stare serce. Jest magia i jest dawne QUOTSA.

Ano, posłuchajmy.

http://www.youtube.com/watch?v=cgnHyiRONyw

we are all canucks

Trochę gościowie mają zjebaną nazwę, co mnie od nich odpychało przez czas jakiś. Ale gdy już posłuchałem, to upadłem na kolana. Czysta furia i wielkie granie. Oraz – jak na pankowy łomot – niesamowita realizacja. Brzmieniem rozpieprzają na atomy. Dla mnie prywatnie – żywa legenda.

Konieczne kawałki: Son the Father, Black Hats, No Epiphany.

Obowiązkowe płyty: The Chemistry of Common Life, Hidden World, Epics In Minutes.

Trzymać się ramy…

helter skelter reaktywacja

Organicznie nie cierpię wszelkich odgrzewanych kotletów, reunions, supergrup oraz muzykujących rencistów. Ale tu się skusiłem. Bo okoliczność fajna. I wyjątkowa. Się dwaj celebryci spiknęli i zrobili niezwykłą robotę. W ogóle, to Dave Grohl nie wiedzieć kiedy wyrósł na niezłego muzycznego kombinatora. I teraz każdy chce z nim grać. Lemmy, Fogerty, Macca… Kto następny?

Piosenka znalazła się na albumie Sound City Players „Real to Reel”, ale tu mamy sto razy lepszą jej wersję koncertową. Swoją drogą niezły skład.

A Macca się wydarł jak nie przymierzając w Helter Skelter.

…powiedz swojemu sercu, żeby se lepiej uważało…

Przemagiczna kapela. Choć nie moja muza, tak z ręką na sercu. Szczególnie wokale trochę nie z mojej bajki. Ale trafiłem na nich przez ich pałkera – Darrena Kinga, który na skromnym, trzyczęściowym zestawie wypiernicza taki groove, że szczęka spada. Zasadniczo, to dla samego szalonego perkusisty ze słuchawkami przyklejonymi do głowy rolką duct tape warto się z tym fenomenem zapoznać. Choć i reszta jest wcale bajkowa. W sumie, to im dłużej tego słucham, tym bardziej wsiąkam…

Wideło stosunkowo świeże, z ubiegłorocznego Live in DC.

Nie mogę się także oprzeć przed zaprezentowaniem ślicznego jam session, jakie miało miejsce 19 stycznia bieżącego roku podczas Guitar Center’s 2012 Drum Off Grand Finals  w Club Nokia of Los Angeles. Pod pierwszą częścią nagrania znajdują się linki do pozostałych trzech. Warto, bo koleś – na zestawiku niemal zabawkowym – miażdży straszliwie…

say hallo 2 heaven, Clive

Stało się to, co miało się stać, bo Burr już od lat wielu cierpiał na MS. Kto w temacie siedzi, ten wie, że choroba jak choroba, ale samo Clive Aid trwało od króla Ćwieczka. I już. Last nite. Strata wielka.

Ale nie jest moją intencją jakieś chlipanie czy stawianie pomników. Ani tym bardziej emotikonowych zniczy. Powiem tylko tyle, że strasznie lubiłem gościa, bo to on robił to MOJE  Iron Maiden, jako że od dawien dawna uważam, iż zespół ten nagrał trzy płyty. Trzy pierwsze.

Owszem, słuchało się kiedyś tych wszystkich Somewhere In Time, Powerslave i innych Fear of the Dark. Ale już się nie słucha. Się próbowało. Ale nie ma takiej opcji. Po Number of the Beast nic nie wchodzi. Powiem więcej – irytuje aż do nieznośnego bólu zatok… Takie jest moje prywatne zdanie, do którego mam prawo.

Zamykając temat – Nicko McBrain wielkim perkusistą jest. Sprawnym, pomysłowym, inteligentnym i tak dalej. Ale nie posiada niestety tej charyzmy Burra. Charyzmy, feelingu i pierdolnięcia.

Przeca takich pereł jak Killers, Prisoner czy Murders In The Rue Morgue, to się słuchało dla perkusji. I to słuchało z pozycji kolan. Z wypiekami i w świecie równoległym.

Tyle.

padre pedofilio

Jak kto kocha Brujerię (że się tu taką polską odmianą posłużę), ten upadnie na kolana przed Asesino. Skład kadrowy podobny, ale lepiej wyprodukowane. Przez co urywa głowę samym brzmieniem. Brujeria taka jakby bardziej korzenna, z jakąś duszą i przesłaniem, za to w Asesino jest czysty distroj. W kategorii pochamówy, furii i ekstremalnej miazgi to aktualnie mój numer jeden.

Polecam płytę Cristo Satanico. Kto jej raz posłucha, nigdy już nie będzie tą samą osobą…:) Rzeź i światy równoległe. Lek na całe zło.

Tymi kostiumami, maskami i całą swoją estetyką odpieprzają chłopacy straszną wieś. Sytuacja podobna jak z Brujerią – jak się do gości nie chce stracić szacunku, to lepiej nie oglądać.

Ale dajcie szansę muzyce.

co ja zrobię, że mnie się podobasz…

Ja wiem, jaka jest podstawowa idea bytu i zasadniczy fundament działania Megadeth. Wiem, że furia, speed, thrash, Wielka Czwórka, pionierzy gatunku i tak dalej. Ale ta piosenka (nie bójmy się tego słowa) już prawie piętnaście roków temu rozpierniczyła mnie na atomy. I nadal jest jednym z moich największych żelaźniaków. A jak znam życie, to jeszcze nim pobędzie. Tyle. Fajne wideło.

Niezbyt optymistyczne, ale fajne.

sweep, muthafuka, sweep

Lekki staroć, ale jak kto jeszcze nie słyszał, to się połamie na kawałeczki. Ja prywatnie już w Morela trochę zwątpiłem, a tu jakie przyjemne zaskoczenie. Chyba najlepszy postrejdżowy projekt, jaki powstał.

Bo takie Audioslave, dajmy na to. Tak się pięknie zapowiadało, takie nazwiska. A kicha makabryczna. Jakem Cornella dziki, niewolniczy fan… Podobna sytuacja z One Day As A Lion, czyli solowym Zackiem. Fajne, ale nie rzuca o ścianę. Sam Morel też się z solówkami nie wysilił, gdyż Bold As Rage to jakieś ścinki po RATM, z kolei na Nightwatchmanie pomieścił tylko jakieś smuty, mulenie i szanty…

U Zamiataczy nie ma słabego numeru.

Miotają jak szatany.

twoja stara śpiewa w Call of Cthulhu

Zanim przejdę do meritum i dotknę jądra, niechaj mi Szanowni Państwo pozwolą odnieść się do poprzedniej notki popełnionej przez tego pyszałka Il Duce. A więc, po pierwsze primo – nie pisz no tu, że Pani Elżbieta męczy konia, tylko szanuj Czytelnika oraz wiernego fana. Gdyby nie ta pani, to by tu nawet pies z kulawą nogą nie zajrzał. A tak to zajrzał.

Po drugie primo – nie jestem nerdem i wyobraź sobie, że mam życie poza Cavaleiros. Bardzo bogate życie. Tylko mi tu nie mów, że jest to życie rapera, które polega tylko na jaraniu gibonów i odbieraniu telefonów.

Po trzecie primo – owszem, zauważalne są rażące dysproporcje w ilości naszych płodów literackich, ale wynika to z faktu, że ja jestem pracowity, obowiązkowy, solidny, niezawodny, odpowiedzialny, wytrwały, twórczy, oddany sprawie oraz skromny. Ty zaś tylko twórczy.

Po czwarte primo – już tak nieco poważniej – fajnieś napisał o tych Sodomitach. Podoba mnie się. Zarówno zespół, jak i Twoje ujęcie tematu. Prawdą jest, że się chłopacy jakoś tak pozytywnie wyróżniają pośród innych giermańców. I nie rażą jak wspomniany przez Ciebie Rammstein. Nawet w Ausgebombt zaśpiewanym po niemiecku nie rażą. Podczas gdy Rammstein mnie również kojarzy się z jakiś wiecem NSDAP. Ale mniejsza o to.

To teraz do rzeczy. Otóż od jakiegoś już czasu organicznie nie trawię Metalliki. Jak kiedyś się tarzałem nieprzytomnie. Ale to już sami sobie są winni, bo taką kaszanę odpierdzielają, że mózg staje. O wczesnych czasach nie gadamy, bo wiadomo – masakra i muzyczna rewolucja. Troszkę mi przy Master of Puppets łuska zaczęła z oczu i uszu spadać, ale jeszcze było spoko. Potem takie z lekka freejazzowe And Justice For All, ale nadal do przyjęcia. A potem to już sru, z górki do żwirowni.

Przecież te wszystkie czarne albumy, loady i reloady, czy inne saint angery to sraka maksymalna. Owszem, bardzo mile mnie zaskoczyli Death Magnetikiem, bo to jedna z ich najlepszych płyt. Natomiast generalnie, to już raczej jest po ptokach. I się jeszcze można trochę powozić jako jedni z Wielkiej Czwórki, ale umówmy się, że to nie potrwa wiecznie…

Absolutnym szczytem szczytów oraz amokiem była dla mnie natomiast płyta Ride the Lightning, a szczególnie jej zwieńczenie w postaci The Call of Cthulhu. Nie przypominam sobie, by kiedykolwiek jeszcze w moim długim życiu muzyka aż tak się odrealniła i poszła w stronę magii, metafizyki, światów równoległych etc.

Nie musieli mnie już rodzice zmuszać do wieczornego wychodzenia z Dianką, czyli naszym trochę niespełna rozumu psem rasy szpic terier. O stosownej porze sam czekałem przy drzwiach w pełnym rynsztunku, czyli z walkmanem, dwoma cigaretami oraz kasetą firmy takt ustawioną na początek Cthulhu. Potem jeszcze tylko odchodziłem kawałek od domu, podbijałem troszkę bliżej ulicy Cichej, spuszczałem Diankę ze smyczy i… żegnam Państwa.

Każdorazowo waliło w dekiel z identyczną siłą, każdorazowo zabierało na takiego tripa, że niech się wszystkie substancje psychoaktywne schowają. Aż do ostatnich dźwięków nie wiedziałem, gdzie jestem ani jak się nazywam. Nie miałem mglistego pojęcia, co się ze mną dzieje, dokąd idę i w ogóle odkorowywałem się do ustawień fabrycznych.

A ile mi razy podczas tych mszy przenajświętszych pies spierdolił aż na Łukasiewicza, to już przemilczę.

Nie ma wideła, co by oddało ten amok. To może tylko taki vintage.