macabro urogenital e retal furioso sadistico necrofilia canibal pervertido em caixão mutante, czyli… z pamiętnika małego ściągacza

W poszukiwaniu nowych, mocnych, muzycznych wzruszeń postanowiłem sobie wykopać w sieci internetowej kilka obiecujących kapel, mocno niedocenianych, nieskomercjalizowanych i choćby z tego powodu czasowo plasujących się w szesnastej lidze okręgowej.

Eksplorację rozpocząłem w oparciu o dwa zasadnicze kryteria: pierwsze, gatunkowe – brutal death metal, oldschool death thrash, względnie goregrind. Drugie, geograficzno – antropologiczne, czyli względnie dziki kraj pochodzenia, a żeby rzecz ująć nieco poprawniej politycznie – kraj bez większych tradycji metalowych, przynajmniej w skali globalnej. Czyli Indonezja, Algieria, Urugwaj, Pakistan, Malta, Iran, Chiny, Paragwaj, Singapur, tudzież Malezja. Ewentualnie jakaś Kolumbia, Chile czy Meksyk, które jak dotąd nigdy mnie nie zawiodły.

No i jeszcze kryterium trzecie, a mianowicie dawałem się porwać magii nazw. Nie wiem czy słusznie, ale pozwoliłem sobie na taką niepotrzebną ekstrawagancję. W rezultacie pozyskałem kilkadziesiąt albumów wykonawców typu:  Shub Niggurath, Sangre Entre Las Manos, The Dark Prison Massacre  (liderzy chińskiego ultra death metalu), Urogenital Macrophage  czy Unaussprechlichen Kulten  (zjawiskowa formacja z Chile).

Że nie wspomnę takich pereł jak: Raped by PigsDeath Vomit, Accidential Decapitation Through Masturbation, Infant Jesus Bukkake, Cűnt Diaper, Prostitute Disfigurement, Parricide Pathologically Deformed, Napoleon Skullfuckk, Thirst of Toxic Minotaur Blast Revenge, czy Goblin Cock.

Stworzywszy stosowne playlisty przystąpiłem do odsłuchu. Już po dwóch godzinach moje zdrowie psychiczne zostało wystawione na srogą próbę, ale się nie zrażałem. Tym bardziej, że co pięćdziesiąta kapela zaiste miała coś do powiedzenia, tudzież zacharczenia. Niestety, w porażającej większości jest to jednak straszne, rzadkie gówno i nie dziwię się, że nazwy te nie stały się popularne ani rozpoznawalne pośród metalowych maniaków.

Ale moja wytrwałość została nagrodzona, gdyż wynalazłem trzy prawdziwe perły, czyli kapele które prawie od pierwszej piosenki pokochałem dziką, niewolniczą i dozgonną miłością. Oto one, w kolejności alfabetycznej:

Rigor Mortis  – ale nie to teksańskie, tylko argentyńskie. Chłopacy popełnili kilka demówek oraz jeden regularny album zatytułowany Bienvenidos a la Ceremonia. Poezja. Kręcę od dwóch dni i jestem w zdecydowanej niewoli.

Siksakubur  – brutalny death z Indonezji. Rewelacyjnie zrealizowany, dopracowany, śliczny. Jak na podziemny front, to gościowie mają dość bogatą dyskografię, a co płyta to lepsza. Daleko nie szukając, najnowsza St. Kristo  urywa głowę.

Ticket to Hell  – nazwa zwieśniaczona do bólu, ale muzyka przesłodka. Meksykański thrash/death w najlepszym wydaniu. Naliczyłem dwa długograje (Man Made Paradise  oraz Operation Crash Course), oba doskonałe.

Jak trochę odsapnę, to znowu sobie zapoluję na nowości. Dla tych trzech warto było przebrnąć przez te wszystkie antropomorficzne masturbacje, urogenitalne patologie i inne kanibalistyczne defekacje.

Z widełem miałem pewien problem. Gdyż Ticket jak gdyby nie posiada żadnych, zaś to moje argentyńskie Rigor Mortis udostępnia jedynie ścinki koncertowe, realizowane kamerą przemysłową spod pachy. To w tej sytuacji obejrzymy Siksakubura. Nie wiem, o co tam chodzi z tym futbolem, ale niech im będzie.