we are all canucks

Trochę gościowie mają zjebaną nazwę, co mnie od nich odpychało przez czas jakiś. Ale gdy już posłuchałem, to upadłem na kolana. Czysta furia i wielkie granie. Oraz – jak na pankowy łomot – niesamowita realizacja. Brzmieniem rozpieprzają na atomy. Dla mnie prywatnie – żywa legenda.

Konieczne kawałki: Son the Father, Black Hats, No Epiphany.

Obowiązkowe płyty: The Chemistry of Common Life, Hidden World, Epics In Minutes.

Trzymać się ramy…

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.