Oczywiście, ale niekoniecznie.

Oczywiście Mc ma sporo racji co do RHCP, jednak rzucanie ogólnikami i jechanie hurtem po wszystkim co ma się w zasięgu wzroku nie jest zbyt profesjonalne. Żeby jednak nie rozpętywać wojny z powodu paru dobrych kawałków w otoczeniu setek gównianych, połączmy się w miłości do niekwestionowanych królów Hadesu. Na widele nieoficjalny, lecz jakże profesjonalny teledysk.

jo już sie richtig wiela lot tymu nazad dołem z tymi ciulikami blank szlus…

Muszę niestety zabrać głos w związku z ostatnim wpisem Il Duce w temacie Redhotów. Bo tak się składa, że jakiś czas temu byłem ich dzikim fanem. Dzikim, niewolniczym i wydawać by się mogło, że dozgonnym. Niestety, wielkie mi poczynili pustki w domu moim, nagrywając te swoje ostatnie gówna.

Rekapitulując – Red Hot Chili Peppers to jest kapela, która nagrała dwie płyty. Przepraszam, trzy, bo jeszcze jest przecież świetna One Hot Minute. A wcześniej oczywiście Mother’s Milk oraz Blood Sugar…

To, co działo się potem to równia pochyła, chamska komercha i flaczory z olejem. O takich oczywistych kupach jak By the Way czy I’m with You nie wspominam, ale doprawdy dziwią mnie zachwyty fanów nad takim dramatem jak Californication, która jest po prostu słabeńka,  wymęczona i irytująca do bólu.

I tyle byłoby słów świętych przeznaczonych na uroczystość dzisiejszą. W ramach ilustracji prawdziwy wyrywacz flaków, czyli Knock Me Down.

Jadymy.

Hopie, nie moga przestoć! by Il Duce

Can’t stop, kawałek który niewątpliwie zasługuje na swoją popularność, bo jest zwyczajnie zajebisty (pomijając chórki, które jednak jestem w stanie przeboleć).
Krążek  ”By The Way” sam w sobie jest to wątpliwej jakości wydawnictwo, bez pazura, słodko-pierdzący i generalnie rzecz biorąc nie przepadam. However, miło jest usłyszeć ten kawałek podczas brnięcia przez ballady. Przypomina bowiem o czasach z Navarro  jak i o Californication. To jest właśnie esencja RHCP, ten groove przez który nie sposób ich pomylić z żadnym innym zespołem, a który sami utracili, ale to już jest temat na inny raz.

girls got rhythm

Jaki jest Dżak – wie każdy. Cóż, z tak zwanej perspektywy czasu trzeba przyznać, że wybitna z niego postać. Tyleż genialna, co czasami wkurwiająca, nieprawdaż. Ale muzycznie nie ma się czego czepić. Przeciwnie. Król wszystkich królów i szef wszystkich szefów.

Moja prywatna hierarchia jego projektów przedstawia się następująco: najsampierw Dead Weather, potem Paski, a następnie Racounters. Stosunkowo najmniej zachwyca mnie ubiegłoroczna solówka Dżaka. Natomiast to, co wywala on ostatnio w towarzystwie dziewczyn z the Peacocks jest kompletnie ponad podziałami, kategoriami oraz pojmowaniem mojego małego rozumku.

Filmik wyjątkowo w HD. Można go sobie rzucić na pełny ekran, to prędzej urwie głowę. Bo wizualnie to również prawdziwa uczta. Każda z pomagierek Dżeka zachwyca na swój sposób, natomiast zdecydowaną przodownicą jest charyzmatyczna perkusistka, czyli Carla Azar. Ale to już legenda na inną rzeźnię, jak powiedział Piotr Materna w zwiastunie Że życie ma sens 2

Ha.

marihuana – si, el polvo – no!

Kocham taką grandę i takie klimaty. I już nawet nie wnikam w legendy jakoby członkowie grupy permanentnie musieli zakrywać twarze, albowiem są ściganymi przez FBI baronami narkotykowymi. Oraz że się muszą kitrać przed innymi baronami, bo mają przyklepane mafijne wyroki śmierci. Zaś na potwierdzenie swoich słów oraz grozy sytuacji, na okładkach kolejnych płyt uwieczniają odrąbane głowy i wyłupione oczy zdrajców. Przyjmijmy, że tak w istocie jest.

Wideo, które zamierzam zaprezentować jest wyjątkowe i niepowtarzalne. Spędziliśmy z Il Duce wiele godzin przed ekranem, kwicząc ze szczęścia, kiedy to jeden z performerów, przy najszczerszych chęciach nie jest w stanie ogarnąć transparentu SI/NO. Eskalacja następuje około pierwszej minuty tego niecodziennego show, jednak ziomek twardo walczy do końca…

Ale dosyć podśmiechujek, bo chłopacy tu śpiewają o sprawach nader żywotnych. Co chwilowo może umknąć za sprawą tego z transparentem.

Ha.

biały dżibson

O mały włos, a bym sobie ostatnio kupił Gibsona Les Paul SG G400 Custom. Piękna sprawa. Trzy humbuckery, złote oblachowanie i maestro tremolo na dodatek. Zawsze chciałem grać na takim wieśle. Sprzedawca piał nad przebogatym brzmieniem, niesłychaną uniwersalnością oferowanego sprzętu i tak dalej. Nie omieszkał też dodać, że gitara używana była głównie do grindcore’u.

Cóż, najbardziej grindcore’owe jej zastosowanie to mamy chyba tu:

Sister Rosetta Tharpe to postać niezwykła i szalenie krzepiąca. Pierwsze kroki na rokendrolowej scenie stawiała w latach trzydziestych, kiedy to jeszcze Mój Dziadek – Sarmata na chleb mówił wieszak. Trudne trochę do uwierzenia, ale daty nie kłamią. Mniejsza o to.

Debiutancka EP-ka, nagrana przez Rosettę w roku 1938 narobiła niezłego zamieszania w środowisku gospel, z którego Siostra się jak gdyby wywodziła. Kościelnicy odsunęli się więc nieco od naszej bohaterki, natomiast publika oszalała i pokochała ją miłością bezwarunkową. Prawdziwym skandalem stały się natomiast występy Siostry w nocnych klubach Nowego Jorku, gdzie bywało że gospelowy repertuar wybrzmiewał na scenie, gdy tuż obok fikały skąpo ubrane (o ile w ogóle) girlsy.

Nie wiem, czy Il Duce pochwali takie praktyki, ale Sister Rosetta Tharpe to figura na tyle wyjątkowa, że poświęcę jej jeszcze jeden fragment wizyjny, zarejestrowany w roku 1964 w miejscowości Manchester. Ze względu na dramaturgiczną konstrukcję filmu, na rozpoczęcie recitalu chwilkę trzeba poczekać. Ale warto, bo potem następuje prawdziwa miazga…

speak english albo się krew poleje

Skoro już Il Duce poruszył jakże nośny temat cytowania Klasyków, to i ja się nie dam rady powstrzymać. Długom się wahał pomiędzy wersją z Whisky A Go Go (z roku bodajże dziewięćdziesiątego dziewiątego) a kultowym wykonaniem z Live at Budokan 1992.

Whisky co prawda lepsze wizualnie i dużo w nim pokazywania pis end sejten… Co z tego, skoro na samym początku cytatu Ian się haniebnie jebnął, co zdecydowanie obniża wartość całości, nieprawdaż.

Budokan z kolei nakręcono jakąś ukrytą kamerą przemysłową, za to dźwięk jest szczery i powalający… Komu się od drugiej minuty nagrania ciśnienie nie podnosi do pięciuset, ten chyba nie żyje.

Jadziem.

The Children of Sanchez

Dziś dla odmiany o chłopakach z Denver. Nazywają się Havok i pretendują do miana zespołu, który upchał najwięcej dźwięków w jednej minucie. Jako wielbiciela prostej a zarazem szczerej muzyki powalił mnie ich album „Time is Up”. Nasi przyjaciele oszczędzili mi trudu i podali tematykę swoich utworów: destruction, mayhem, cheating, lying, killing. Nie jestem specjalnie zaskoczony, jednak miło z ich strony. Co do muzyki, cóż… napierdalają i robią to dobrze.

Wrzucam mój ulubiony kawałek z płyty. I teraz quiz, co mnie zauroczyło? (Podpowiedź – tak uwielbiam Slayer)

Il Duce odmeldowuje się.

dość krótka, lecz w sumie treściwa opowieść o moim Najlepszym Zespole Świata Wszech Czasów

Ha. Niepokoi mnie jedno zdanie z poprzedniej notki autorstwa Il Duce. Co to mianowicie znaczy, cytuję: muszę  odratować honor bloga i dla przeciwwagi napisać coś dobrego? Dla przeciwwagi do czego? Do mojej szczerej notki o Corrosion? Przyznaję, rozprawiłem się z tematem w krótkich, żołnierskich słowach, podczas gdy Il Duce nam tu wyrąbał biogram Terrordome jak z encyklopedii Britannica. Ale zgoda, aluzju paniał i na przyszłość zamierzam się warsztatowo trochę bardziej przyłożyć. Pojadę więc i ja epicko.

Otóż, zgodnie z tytułem niniejszej publikacji, moim najlepszym zespołem świata wszech czasów jest Screaming Trees. Ale może od początku. Dawno, dawno temu, z krótką kurtuazyjną wizytą w naszych stronach bawiła Moja Zagraniczna Ciocia, która wyjeżdżając odpaliła mi na do widzenia pięćdziesiąt dojczmarek. Które to walory postanowiłem niezwłocznie przepierniczyć na oryginalne kasety, dynamicznie wchodzące właśnie na polski rynek, po wielu latach panowania piratów, jakich każdy miał już w domu pińcet, nieprawdaż.

Tak więc, serdecznie pożegnawszy Ciocię, kroki swe skierowałem do kantoru przy ulicy Asnyka, gdzie wspomniane dojczmarki wymieniłem na walutę krajową. Z którą udałem się z kolei do sklepu muzycznego Beti, mieszczącego się w budynku PKS-u. Gdzie, po krótkim rozpoznaniu nakupiłem jakichś Helmetów, Soundgardenów i innych Melvinsów. Oraz… Sweet Oblivion, nieznanego mi dotąd zespołu Screaming Trees.

Powiem krótko – podczas inauguracyjnego odsłuchania doznałem głębokiego szoku, objawienia oraz iluminacji. Ten mistyczny stan trzyma mnie do dziś i przyznać muszę, że do Screaming Trees niezmiennie podchodzę z pozycji kolan.

Z kronikarskiego obowiązku oraz tak zwanej perspektywy czasu powiem tak: przed Oblivionem zespół ten nagrał pół tuzina nudnych, bezjajecznych i dramatycznie niedobrych płyt, na istnienie których należy spuścić zasłonę litościwego milczenia. Po genialnym Oblivionie nastało z kolei przecudnej urody Dust. I się zaraz potem rozwiązali na amen.

Co po rozpadzie Screaming Trees robi Mark Lanegan – wiadomo. Natomiast pozostali (czyli korpulentni braciszkowie Conner oraz świetny skądinąd perkusista Barrett Martin) coś tam rzeźbią po kątach, że wymienię takie projekty jak choćby Tuatara, Valis czy Microdot Gnome. Doprawdy nie ma o czym mówić.

Chłopacy jak gdyby ocknęli się ze dwa roki temu i wydali swoją ostatnią, niepublikowaną dotąd sesję, zrealizowaną już po wydaniu Dust. I przyznać muszę, że jak na rzekome odrzuty, piosenki pokitrane do szuflady i inne skarby z kuferka babuni, Last Words: The Final Recordings to album genialny.

Polecam równie gorąco, co wspomniane Sweet Oblivion, od którego się moja dzika i nieposkromiona namiętność rozpoczęła…

W ramach ilustracji muzycznej – trochę niepokojące video do epokowego Butterfly.

Tom the Srom i przyjaciele.

Skoro Mc postanowił wziąć się poważnie za pisanie to muszę chcąc nie chcąc trochę odratować honor bloga i dla przeciwwagi napisać coś dobrego.
Ostatnio siedzę trochę w nowej fali thrashu. Sprawa jest o tyle zabawna, że niby nowa fala a tworzą te młodziki nad wyraz surowo, na moje ucho można się tu natknąć na trochę Kill’Em All, jak i Slayerowego debiutu, a nawet coraz częściej na Dirty Rotten. I tak dla przykładu mamy zespół o jakże wdzięcznej nazwie Terrordome. Chłopaki jak na thrash przystało pełni są emocji związanych z piwem, metalem, moshem oraz wszelkimi pochodnymi. Oczywiście jednocześnie w innych utworach dają się ponieść fantazji idąc bardziej w stronę śmierci, wojny, zadźgania, ćwiartowania, wieszania i innych jakże normalnych dla każdego zdrowego na umyśle człowieka obrazów. Dosyć jednak o słowach, nie chcemy bowiem popełnić nadinterpretacji.
Muzyka. Instrumentalnie – Terrordome rozpieprza w drzazgi energią i ciężarem. Cóż więcej rzec? „Posłuchaj pan i doznaj szoku”:

Skoro Mc postanowił wziąć się poważnie za pisanie to muszę chcąc nie chcąc trochę odratować honor bloga i dla przeciwwagi napisać coś dobrego.
Ostatnio siedzę trochę w nowej fali thrashu. Sprawa jest o tyle zabawna, że niby nowa fala a tworzą te młodziki nad wyraz surowo, na moje ucho można się tu natknąć na trochę Kill’Em All, jak i Slayerowego debiutu, znajdziemy też sporo Dirty Rotten. I tak dla przykładu mamy zespół o jakże wdzięcznej nazwie Terrordome. Chłopaki jak na thrash przystało pełni są emocji związanych z piwem, metalem, moshem oraz wszelkimi pochodnymi. Oczywiście jednocześnie w innych utworach dają się ponieść fantazji idąc bardziej w stronę śmierci, wojny, zadźgania, ćwiartowania, wieszania i innych jakże normalnych dla każdego zdrowego na umyśle człowieka obrazów.
Dosyć jednak o słowach, nie chcemy bowiem popełnić nadinterpretacji. Muzyka. Instrumentalnie – Terrordome rozpieprza w drzazgi.
Zanim staniecie się dumnymi posiadaczami pękniętych bębenków usznych należałoby dowiedzieć się czego konkretniejszego na temat swoich oprawców.
Tak więc Terrordome: kapela powstała w roku 2005 w Krakowie. Tworzą ją:
Uappa Terror – gitara/wokal
Paua Siffredi – gitara
Tom the Srom – bas i wokal
Mekong Minetaur – perkusja
Do tej pory udało im się wypuścić na rynek LP – We’ll show you mosh, bitch i split wraz z zespołem Dekapited zameldowanym na stałe w Brazylii. Ich utwory znalazły się również na paru kompilacjach.

Nie przedłużając – zapraszam do uczty: